Zapomniane. Zaniedbane. Zakurzone.
Nawał myśli, zajęć? Był, przeszedł, przyjdzie. Ciężki wrzesień dobiega końca. Takie się dziwne rzeczy działy. Nie ma już zasad, ale są. A z tym, że ich nie ma, stają się mocniejsze. Zapewne do czasu, ale można powiedzieć na daną chwilę? Żeby po chwili zmienić zdanie? [Chociaż podobno zmienność jest nieodłącznym dodatkiem do płci pięknej ;)]
Moja kobieca intuicja zawiodła mnie, by potem sprawdzić się w tym samym temacie. Nie wiem już czy się mylę i czy wiem cokolwiek o tym, co robię.
Idę naprzód. Nastał czas [ponurego czasem] realizmu. Optymizm zamarł gdzieś i porasta kotami z kurzu byle tylko nie ułatwiać. Mimo to uśmiech się pojawia. Nastroje tak typowe, jednak wracają do tego dobrego. Cieszy mnie to, że cieszą mnie małe rzeczy. "Proste przyjemności, codzienne radości." :) Ludzie, nawet o tym nie wiedząc, mają w tym spory udział. I chwała im za to, bo nawet jeśli nie z radości, to do kogoś się będę uśmiechać.
Chroniczny Brak Endorfiny [dziwnie splatający się w czasie ze spadkiem cukru] uzupełniam niezliczoną ilością czekolady i rozmową. O niczym i o wszystkim [chociaż bardziej o niczym], poprzetykaną emotikonami, które pozornie nic nie znaczące, czasem nabierają mocy niemalże magicznej [z zaznaczeniem na niemalże i cudzysłowem przy magii]. Dwa zwykłe znaczki mogą przez ułamki sekund zmienić moje chwilowe nastawienie.
***
Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ale co jeżeli to aktualnie jedyne źródło wody, kamieni, czy czegokolwiek nam potrzeba...? A co jeśli nauczeni doświadczeniem zdołamy popłynąć pod prąd...? Nie próbować???
***
Najlepszego niedawnym jubilatkom, tym nawiedzonym i tym mniej, tym dalej i tym bliżej. Zmian na lepsze. :* !
Bye. Snów wymarzonych i spełniających się.
poniedziałek, 28 września 2009
niedziela, 12 lipca 2009
Cofam!
Cofam! Zabieram! Wymazuję! -> wszystkie negatywy z ostatniego wpisu. Nic nie chcę widzieć, ani wiedzieć. Chcę nie myśleć. Lepiej było patrzeć, ale nie widzoeć. Chcę z powrotem te różowe okulary, przez które oglądałam rzeczywistość tak niedawno. Tak dawno. Moja pamięć wybiórcza zachowa pewne szczegóły, ale część już wywaliła. [dedykacja *]Ja chcę na bieżąco ją karmić optymizmem. Jest przecież tak jak było, nieodwołam się do własnych słów, bo będzie zbyt dosłownie, a już jest bardzo. ! Nie chcę wrócić do poprzedniego stanu filozofowania (romantycznego??? - śmiech)[dedykacja z buziakiem :*] Niemniej jednak źle mi to działa na zdrowie [dla pytających- zapędy autodestrukcyjne były niezamierzone!].
Zazdrość mnie zżera, bo są tacy co ten mój upragniony spokój mają na stałe. Dziwne, że nawet w weekend się nie pojawił, co więcej nie przyszło nic pozytywnego, oczywiście poza samotnymi spacerami, ale to generalnie [pomijam te z kimś- niezastąpione, pomimo, że tu mnie jednak znają.]. Też generalnie. Bo tak było, jest i 1/2 będzie. Zazdroszczę jeszcze tym co sobie mogą odpocząć ode mnie. ! Bo ja też bym chciała, a nie mogę na przykład. Jest to rażąca niesprawiedliwość uważam i spore niedopatrzenie kogoś tam na górze. [chociaż, w moim przypadku raczej tam na dole xD] Dlatego cieszcie się wybrani z tego daru niebios/ piekieł (niepotrzebne skreślić).
Zimno. [zamyka okno]. Nadal zimno. [roznieca ogień piekielny]. Od razu lepiej. Archiwum tak diableskiego wynalazku jak GG jest stanowczo rozbudzające wspomnienia. A potem mi się śnią takie rzeczy jak mi się śnią! Co gorsza ostatnio wcale nie są kontrolowane! I oby nie potwierdziły się słowa, jakoby sny miały być odzwierciedleniem potrzeb? marzeń? nie pamiętam jak to było [pozdrawiam autorkę opisu ;)] Bo jeśli tak by było, to by bardzo źle o mnie świadczyło. W tą jeszcze dziwniejszą stronę.
Kilka dedykacji było [proszę się domyślić], ale całość dedykuję jednej osobie, która mnie jednocześnie zmusza i odwodzi od większości powyższych rozważań. [w razie wątpliwości, pytania wskazane, anonimowość zapewniona].
Ugrzecznione. [?!] do kiedyś.
Zazdrość mnie zżera, bo są tacy co ten mój upragniony spokój mają na stałe. Dziwne, że nawet w weekend się nie pojawił, co więcej nie przyszło nic pozytywnego, oczywiście poza samotnymi spacerami, ale to generalnie [pomijam te z kimś- niezastąpione, pomimo, że tu mnie jednak znają.]. Też generalnie. Bo tak było, jest i 1/2 będzie. Zazdroszczę jeszcze tym co sobie mogą odpocząć ode mnie. ! Bo ja też bym chciała, a nie mogę na przykład. Jest to rażąca niesprawiedliwość uważam i spore niedopatrzenie kogoś tam na górze. [chociaż, w moim przypadku raczej tam na dole xD] Dlatego cieszcie się wybrani z tego daru niebios/ piekieł (niepotrzebne skreślić).
Zimno. [zamyka okno]. Nadal zimno. [roznieca ogień piekielny]. Od razu lepiej. Archiwum tak diableskiego wynalazku jak GG jest stanowczo rozbudzające wspomnienia. A potem mi się śnią takie rzeczy jak mi się śnią! Co gorsza ostatnio wcale nie są kontrolowane! I oby nie potwierdziły się słowa, jakoby sny miały być odzwierciedleniem potrzeb? marzeń? nie pamiętam jak to było [pozdrawiam autorkę opisu ;)] Bo jeśli tak by było, to by bardzo źle o mnie świadczyło. W tą jeszcze dziwniejszą stronę.
Kilka dedykacji było [proszę się domyślić], ale całość dedykuję jednej osobie, która mnie jednocześnie zmusza i odwodzi od większości powyższych rozważań. [w razie wątpliwości, pytania wskazane, anonimowość zapewniona].
Ugrzecznione. [?!] do kiedyś.
sobota, 11 lipca 2009
The NOT real reality...

Jestem cała jakby mgłą zasnuta. Pozbawiona żywych kolorów. Zblakły? Czy może wcale ich nie było? Nie wiem co jest prawdą, rzeczywistością. Chwilowo odczuwam, że chciałabym wiedzieć, chociaż oszukuję się, że nie. Wprawiam się w okłamywaniu samej siebie. Nie jest źle, ale nie jest inaczej. Nie wiem gdzie się podziały te wyraźne kontury tych kolorowych dni. Jestem tu w przenośni, ale nie chcę sama się nią stać. To "dziwnie" jest jakby mniej pozytywne. Czy moze tylko mnie się tak zdaje? Wolę nie pytać, jak zawsze. Pozostając w zawieszeniu, zaczynam myśleć. Negatywnie. (!)
Nie idę do przodu. Wszyztko razem ze mną stoi w miejscu. Czy się cofam? Nie mnie to oceniać. Trwam w etapie autodestrukcji [dziecko szczęścia -> auć], zastanawiam się czy to działa też na te "wyższe" aspekty życia. ...
Stolica hmmm jak stolica, ale towarzystwo jak Towarzystwo. Mieszczuch we mnie miał niemałą radochę z wysokich, szklanych budynków. Niemalże dotknęłam Pałacu Kultury, jechałam metrem (!) i zwiedziłam najbrzydszy na świecie ogród botaniczny. I tym podobne, jak to mówią. Czy tęsknię? Owszem. I nie nadążam trochę za sobą. Tym razem wcale nie chciałam wracać [kłamstwo]. A teraz sama nie wiem czy bardziej chcę żeby mnie znowu nie było, czy [zaskakujące] żebym była. I już nie na wszystko mam sposób.
Zbieram ostatnimi czasy sporo nowych doświadczeń, oby tylko nie nastąpił przesyt. Wiem jak to jest prawie zemdleć, marzyć ja jawie, nawet jechać metrem (!) i różne inne.
Zimno jest i to jakby w dwóch wymiarach.
Złamałam zasadę "nigdy" (nazwaną tak nie przeze mnie) i nie wiem czy żałuję. Nie przyniosło to korzyści, a mnie się już nudzi czekanie na rezultaty, czy moze efekty. Ogólnie też mi się nudzi, co w sumie samo w sobie złe nie jest, ale z tej nudy różne głupie rzeczy się robi czasem [diabelski śmiech].
Wczorajszy samotny [czemu to dziwi???] spacer był bardzo owocny w myśli. Otóż się ich właśnie pozbyłam, ciekawe czy mi to pomoże porzucić tą oczywistą diagnozę, którą sobie sama wystawiłam. OBY! Może jego końcówka [zdecydowanie NIEurocze zmoknięcie] powinna mnie otrzeźwić. W razie czego zrobię powtórkę z rozrywki [o tak, zdecydowanie rozrywki xD]i się przekonam.
Bardzo odpoczynkowo. Nużąco. Powrotowo.
再見 -> Zài jiàn
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Pojechałam podbić Bałtyk, a w efekcie to moje serce zostało podbite. Przez Morze ma się rozumieć. Zakochana w falach, plaży i nadmorskim zachodzie Słońca powróciłam, niemalże triumfalnie. Chciałam zostać i wracać i jednocześnie. Aktualnie szkoda mi, że nie zostałam i cieszę się, że wróciłam. Cała ja? Być może. Międzyzdroje piękne, ciekawe czy taka się też okaże Warszawa. Szalona? Oby. Nie wiem w kogo się zamieniam, kim się staję. Ale nie mowię, że mi się to nie podoba. [uśmiech]
Ktoś mnie próbuje zmieniać. Nie wiem dlaczego się to udaje, w każdym razie nie mam tego za złe tym osobom. Prawie na życzenie (niejednokrotnie wymuszenie!) staję się optymistką. Straszna przepaść jest między pesymizmem a optymizmem. Powinnam przedtem przejść przez realizm jak mi się zdaje, ale ok, nie wtrącam się do metod pracy. Życzę tylko powodzenia. Macie optymiści pomoc w postaci pory roku. Muszę przyznać, że pogoda nadal na mnie niesamowicie działa. Pewne rzeczy chyba nigdy się nie zmienią. Odżywam, słodzę, odpoczywam od tamtej siebie. Być może to świetna okazja do zmian. Ale jak mówiłam na razie biernie się poddaję. Wczorajsze "róbta ze mną, co chceta" mnie urzekło xD. To ja też się podłączam. Ja sobie tylko w tzw międzyczasie wyhoduję różki. [uśmiech] Nie czerwienię się [wcale].
Ponieważ dzień bez narzekania byłby dniem straconym, powiem, że za gorąco jednak jest. Rozpuszczam się trochę. Niebieska plama ze mnie zostaje, aha no i ważne- poszukuję trutki na motyle.
W głowie brzmi mi ciagle zdanie z dzisiejszego snu- "tylko nie bierz tego na poważnie..." ~~ no więc nie biorę. Tak jest łatwiej [czyżby?], wygodniej i weselej. Jeśli popełniam błąd, to z dwojga złego lepiej w tę stronę. Co ma być to będzie...? Raczej niech się dzieje co chce.
Podsumowując-
"Naprawdę jaka jestem, nie wie nikt..."
Bardzo uśmiechnięto- niebieskie Bye Bye.
czwartek, 11 czerwca 2009
Niech się świat nie zatrzymuje...

... niech pędzi swoim normalnym rytmem. Ja uzbrojona w wyczekany uśmiech będę obserwować jak się zmienia. Nerwowo się rozejrzę, by za chwilę się uspokoić i znów uśmiechnę się do wspomnień. Świat będzie mnie mijał po obu stronach, a ja, jednocześnie unikając słońca i pozwalając mu działać, spojrzę przed siebie. Pewnie nic nie zobaczę, ale są dni, gdy wcale nie chcę widzieć wszystkiego. Wtedy wystarcza mi to co jest. A jest tego trochę... [tu następuje nieoczekiwany uśmiech]
Nie jest mi źle. Leń we mnie wygrywa coraz częściej. W stosunkowo krótkim czasie spełniły się 2 moje marzenia. Pierwsze dość istotne i długo wyczekiwane, a drugie błahe, ale wprowadzające spore zmiany. Podejrzewam, że na lepsze, aczkolwiek akurat w tym nie mam doświadczenia. Domyślam się, że powinnam się cieszyć, więc sądzę, że to robię. Pełnoletniość zyskała u mnie jakże wyszukany epitet "fajności". Podoba mi się, co cieszy tym bardziej, że rzadko coś na co czekam okazuje się tego warte. To się okazało. Oczywiście to nie ona mnie zmieniła. Zmiany przyszły w formie ewolucji, nie rewolucji. Musi teraz nastąpić 'ale'. Nic nie zastąpi tego uczucia spełnianego marzenia. Tej pełni świadomości tego momentu. Myślę, że jakaś odmiana nastąpiła razem z tą chwilą. Ale raczej nieokreślona. A może...? A może to to odczucie. Cieszę się, gdy jestem z ludźmi (co potwierdził ostatni weekend- zaskakująco), ale nie odmawiam samotności. Właściwie to z taką samą chęcią się jej oddaję, co spotkaniom grupowym. A uroku samotnych spacerów nic nie przebije. Może tylko spacer w idealnie dobranym towarzystwie. W tym momencie błogosławię ciszę, a przeklinam rozlegające się odgłosy. Być może za chwilę zmienię zdanie. Nieprzewidywalność mi została. Czy może zmienność. Upór na szczęście też.
Cisza zaległa. Uśmiech powrócił. Ostatnio preferuję zaprzeczanie samej sobie i popadanie w skrajności. Chociaż czy tylko ostatnio...? Ubóstwiam spokój, ale przecież jeszcze długo nic nie ucieszy mnie tak jak ten weekend. A jedną z niewielu cech, jakich nie posiadał, był spokój właśnie. Zawrotne tempo owszem. Choć może to kwestia towarzystwa właśnie. Czy "Czerwone i bure..." [uśmiech] smakowałoby tak samo w samotności...? Nie sądzę. Coś mi zabrano, ale nie chcę tego z powrotem.
Zbliża się czas spokoju, błogostan. Oby to tak wyglądało. W kazdym razie podoba mi się to co może się dziać. Ja sama nie działam. A może to robię nieświadomie??? Nawet jeśli, to nie ... (...)
Pójdę znowu na samotny spacer. Wczorajszy wieczorny bardzo dobrze na mnie podziałał, tak jak czas poprzedzający go. Uśmiechałam się sama do siebie i do swoich myśli (to musi być początek jakiejś choroby...). Cokolwiek to oznacza, zamierzam to powtórzyć, bo akurat to mogę.
Specjalnie dla Magdaleny dedykacja- pisanie o szczęściu jest znacznie przyjemniejsze, ale zadziwiająco trudno mi przychodzi. Jednakże. Dedykacja i uśmiech dla Ciebie właśnie, dla Marcela (czarnookiego cudu ;)) i dla kogolwiek, kto czuje, że w jakiś sposób przyczynił się do pozytywnego wydźwięku dzisiejszych słów.
"Well... I'm fairly happy".- powiedziałam.
Uciekam nucąc "Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia", żeby wyrzucić z uszu "Czerwone i bure i bure".
Hasta la vista :)
czwartek, 14 maja 2009
Time's fugitive

The Sky Is Broken- Moby
"see the storm is broken
in the middle of the night
nothing left here for me
it's washed away
the rain pushes
the buildings aside
the sky turns black
the sky
wash it far
push it out to sea
there's nothing left here
for me
i watch it lift up to the sky
i watch it crush me
and then i die
speak to me baby
in the middle of the night
pull your mouth
close to mine
i can see the wind coming down
like black night
so speak to me
like the winds outside
it's broken up, pushing us
hear the rain fall
see the wind come to my eyes
see the storm broken
now nothing
speak to me baby
in the middle of the night
speak to me
hold your mouth to mine
'cause the sky is breaking
it's deeper than love
i know the way you feel
like the rains outside
speak to me"
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Piękne. Prawdziwe. Przekonujące.
Wróciłam i znów uciekam. Z wyboru głównie. Porządkowć, mącić, tęsknić, izolować się. Śpiewać? To się okaże. Jak to mówią, co ma być to będzie. Będzie co ma być. Kolekne cztery dni dziwności, staram się niczego nie przewidywać i nie oczekiwać. Zanim się obojętności na świat doczekam to się sporo napracuję. Może to jest dobry czas. Może.
Usmiech oczywiście pożądany, ale ostatnio raczej powodowany niż samoistny. Przychodził w gronie, które teraz opuszczam na owe cztery dni. Może wróci razem ze mną? Zapewne są osoby, które o to zadbają. I chwała im za to. Niech mnie cieszą, bo nigdy nic nie wiadomo. Przeznaczenie nie poczeka aż się nacieszę.
Mam swoje 3 życzenia. Złota rybka? Dżin? Będę czekać. Mam sentyment do Dżinów i nie chcę uszczęśliwić świata. A to już coś. Podobno.
Dziękuję za kopy na szczęście. Tradycyjnie, bez "powodzenia".
Goodbye.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Tym razem ja uciekam.
"Mars wita was...", czyli witaj zielona Ukraino. Albo jakoś tak.
5 dni w Barze, sławnym z wyzwoleńczej oczywiście konfederacji, odcięta od świata. Jakby się zastanowić to odcięcie od świata jest dobre czasami. Ale raczej, gdy ma coś wspólnego ze snem. To tutaj, nie ma. Jak to mówią- jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. No więc mam tą Ukrainę. Trzeba ją wykorzystać. Tyle, odjazd za... 4h 39 min.
Pojechła śpiewać i mącić. Nie życzyć powodzenia, nie chcę pecha.
Do pobáczennia.
5 dni w Barze, sławnym z wyzwoleńczej oczywiście konfederacji, odcięta od świata. Jakby się zastanowić to odcięcie od świata jest dobre czasami. Ale raczej, gdy ma coś wspólnego ze snem. To tutaj, nie ma. Jak to mówią- jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. No więc mam tą Ukrainę. Trzeba ją wykorzystać. Tyle, odjazd za... 4h 39 min.
Pojechła śpiewać i mącić. Nie życzyć powodzenia, nie chcę pecha.
Do pobáczennia.
sobota, 25 kwietnia 2009
Niemen miał rację...

Wielki powrót. Bynajmniej nie wejście smoka. Bynajmniej nie optymistyczne. Spowodowany czymże by innym jeśli nie nadmiarem myśli, tłumionych przez ostatni czas. Byłam zajęta rzeczywistością. Mam jej aktualnie dość, nie podoba mi się ona. Nie będę oryginalna, przytaczając słowa Niemena- "Dziwny jest ten świat...". Jest. To moja prawda. Cholernie subiektywna i pewnie czasowa. Niech tam sobie żyje swoim własnym życiem.
Niczego już nie chcę. To oczywiste kłamstwo, chcę bardzo dużo tylko o tym nie mówię. Zapewne też posiadam zdolności do osiągnięcia tego wszystkiego, tylko jeszcze o tym nie wiem (tu następuje słuszna ironia). No to byłby już najwyższy czas się o owych zdolnościach dowiedzieć. Czekanie, niezależnie. czy czynne, czy bierne, po iluśtam latach staje się męczące. W końcu nie do wytrzymania. To wtedy ludzie sobie wymyślają talenty. Szkoda. Są jednak rzeczy, których nie warto zmieniać.
Coś się skończyło, nic się nie zaczęło. Po raz kolejny. Myliłam się, być może popełniłam błąd. W sumie to by dowodziło mojego człowieczeństwa, bo podobno "błądzić jest rzeczą ludzką". (?) W takim razie posiadam cechy istoty wybitnie ludzkiej. Zadziwiające, jakie pokłady wątpliwości można w sobie odkryć. Jeśli kocham, to jak stąd na księżyc i z powrotem. Nienawidzę równie mocno. Ale gdy nie wiem, to tak jakby to pomnożyć przez tysiąc "nie umiem", potem przez sto "nie mogę" i dodać to jedno nieszczęsne, znienawidzone "chciałabym". Samo zło.
Posiadam wiarę, lecz nie w siebie i nie jest to kwestia wyboru. Jest to ze mnie systematycznie wypleniane, przez osobę, która uparcie twierdzi, że możliwe jest osiągnięcie sukcesu w tej dziedzinie. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna. Niewypowiedzianie, mając na myśli oba znaczenia tego słowa. Niestety, nie wszystko da się ubrać w zdania, by nie brzmiało protekcjonalnie. Może wszystko ma swój czas.
Zgubiłam dzisiaj kolczyk. Ostatnio często mi się to zdarza. Ten był symbolem czegoś, nie pamiętam już czego. Została pustka, najgorsza, bo nieokreślona.
Jest dziwnie. Nie wiem dlaczego, ale leniwa część mnie krzyczy, że nie chce mi się tego zgłębiać. Ta dziwność nie jest negatywna, ani pozytywna. Jest irytująco neutralna. Nie mam już dzisiaj ochoty na walkę ze sobą. Zostawię to w zawieszeniu, dopiszę na listę "zrobić jutro". Jeśli za miesiąc nadal będzie nijak, to znaczy, że nic się nie zmieniłam. Chociaż nie wiem co gorsze. (!)- Znowu kłamstwo, wiem. I to bardzo dobrze.
Sama wyciagnę się z tej paskudnej melancholii (to niezbyt odpowiednie słowo...). Magiczne słowa "don't give up", które dedykuję osobie przypominającej mi o nich, zaczynają działać. ...
"Farewell, (...), farewell!"
Wybitnie nie pesymistyczno- optymistyczne AU REVOIR
bez kropki
bez wykrzyknika
również też
wtorek, 7 kwietnia 2009
"In spring time..."
Powróciłam.
Zmieniona troszeczkę bardzo. Ale i tak nie tak jakby tego oczekiwano. Być może właśnie dlatego tak, a nie inaczej...? Niewykluczone.
Jestem dzisiaj na wozie. Łono natury mnie na nim utrzymuje. Uwiązana wiosna bez uprzedzenia uciekła, pozostawiając po sobie niekreśloną tęsknotę. Ale na wszystko jest sposób (czy aby na pewno?). Dość brutalnie przyciągnięta ponownie za potargane, poprzetykane liśćmi włosy, Wiosna siedzi teraz przy mnie, przywiązana do biurka skrajem kwiecistej sukienki. Roztacza ciepło, które nie tylko w fizyczny sposób ogarnia mnie całą. W tym cieple wszystko wydaje się lepsze. Nie chcę wiedzieć czy to pozory. Tak nie jest źle.
Nie byłabym sobą, gdybym nie nawiązała do robienia z siebie męczennicy na blogach (co za złowieszcza liczba mnoga! , niech no tylko znajdę resztę blogów moich pozostałych osobowości!). Uważam użalanie się nad sobą w podobnych miejscach za bezsensowne. Dlatego tego nie stosuję. Sądzę, że post, w którym tak ubolewałam nad własnym nieszczęściem dążył do pewnej końcówki (podsumowania?), która nadawała mu sens. Dość istotny dodam. Poza tym coś się zmieniło, ewoluowało. Nie został osiągnięty sukces, bo nie było jasno określonego celu, niemniej jednak, są rezultaty. ...
Co do zmian. Na daną chwilę. Nigdy nic dla nikogo. Już nie. Odczuwam potrzebę użycia słowa akceptacja.
Słońce. Potężne, a niedoceniane. To ono jest przyczyną większości wyżej wymienionych skutków (także ubocznych). Wdzięczność to dobre określenie na to co czuję do tej gwiazdki. Nie ma to jak pomoc "z góry".
Wiosna
Wiosna.
Wiosna!
Boję się użyć wyrazu optymizm, ale tak to się chyba nazywa. Wartość zupełnie nowa. Podoba mi się. Powinien być nieuleczalny. Ale nawet jeśli to przejściowa radość, to warto. Chociażby po to, żeby zobaczyć ile się traci bez tego. Przyszło, gdy zamknęłam oczy i zobaczyłam niebo. Lazurowy błękit. A gdy je otworzyłam obraz nie zniknął. Ktoś wtedy na mnie spojrzał. Takim specyficznym spojrzeniem, którego nie sposób nie wyczuć. Wiem kto to. Wiem.
Czuję jak otwierają mi się oczy. Zdaję sobie sprawę jak szczelnie były dotąd zamknięte. Gdy mija pierwszy szok spowodowany tą... rozmaitością, odczucia są całkiem miłe.
Przyszła nareszcie pora roku, która wielkimi literami zapisze się śmietniku moich myśli. Przyniosła małe przyjemności. One cieszą. Ta radość daje siłę. Niespodziewaną. Tak niesamowitą, że raz poznaną, odtąd pożądaną z jeszcze większą siłą. Błędne koło. Pozytywnie błędne.
Jestem, więc myślę. A jestem.
W takich dniach czuję się narratorem swojego życia.
Adios. !
sobota, 28 marca 2009
Refleksje mało refleksyjne

Czasami bywa tak..., że dzień boli... ostatni nie bolał.(!) Był prawdziwie (piękne słowo truly lepiej to opisuje) radosny. Na nieszczęście niektórych nie jestem zbłąkaną, wystraszoną, duszyczką. Zagubioną w czasie i przestrzeni. Dlatego pomimo zgrzytów, ohydnych jak dźwięk paznokcia przesuwanego po powierzchni tablicy, szczęście pozostaje niemal wszechobecne. Kiedy już będzie łaskawe się zjawić. Mimo, że jest "raczej nienajlepiej" to jest całkiem nienajgorzej. To dzień, w którym zwyczajne słowa zyskują nowe znaczenia. Głębsze? Nie posuwałabym się tak daleko, ale niewątpliwie ulegają one zmianom, jednocześnie zachowując swój pierwotny stan. Wyrażenie, np. "jak chcesz" (w wydaniu ciekawszym- whatever) stało się odzwierciedleniem pewnego uczucia. Ma ono w sobie coś z obojętności. Lekkiej arogancji, może trochę złości. Bezsilności wobec zaistniałej sytuacji, a może nawet ostatecznego braku chęci do rozwikłania jej. Czy raczej braku siły. Niestety tak jesteśmy stworzeni (być może nie wszyscy), że szukamy zysku, gdzie się da. Ci, o głębszym poczuciu człowieczeństwa, także sensu. Jakże wielkie jest rozczarowanie, gdy okazuje się, że sens został utracony lub co gorsza- nigdy go nie było. Ale przecież jak to mówią, wszystko jest dla ludzi. Wszystkiego trzeba spróbować, żeby wiedzieć na co się potem porywać. Liczba motyk powinna być ograniczona. chociaż dla rozczarowania zawsze znajdzie się miejsce. Ja z nim jestem dobrze zaprzyjaźniona, wraca co jakiś czas jak bumerang. Jednak i to jest jakimś rodzajem własności, którą należy szanować, a więc i pielęgnować. Także pielęgnuję, doglądam.
I nabieram dystansu. Z czasem coraz większego.
Wtedy radość zyskuje sobie miejsce u mnie szczególne. Zwane "mimo wszystko". Wtedy też słowo delightful wyjątkowo często gości na moich ustach.
I ostatecznie tam zostaje dając mi dużo radości. Szczególnie tej kosmopolitce we mnie. Delightful. !
Ustanawiam słowo dnia. Jarzębina nim będzie. Ona zyskała nowe znaczenie. Śpiew, muzyka, wiosna. Czasy dzieciństwa. Mam ochotę zrobić sobie naszyjnik z suszonej jarzębiny. To by było coś.
Jest całkiem dziwnie. Przyszła wiosna pogodowa i ta wewnętrzna. Łączy je jeden szczegół- o obie trzeba tak samo dbać, bo są wybitnie ulotne. Ja swoją wiosnę przywiązuję dzisiaj do nogi krzesła, miejmy nadzieję, że się nie zerwie. Na razie się do mnie uśmiecha, nie wie co ją czeka. Ciekawe czy przetrzymywana siłą da taką samą radość... Oby. Jeśli nie, to wymuszenie też jest jakimś wyjściem.
Pierwsza część dnia, muzyczna, przetykana zgrzytami. Druga zaczęła się radośnie. Będzie filmowa o smaku intensywnie Pomarańczowym. Wczorajsze egzotyczne (zdecydowanie NIEplotkarskie xD) klimaty zrodziły we mnie siedzącą ostatnio cicho, chęć zabawy. Czuję, że jej nie powstrzymam, więc się poddaję. Tym razem z uśmiechem na ustach śpiewających w kółko wers "Joy to the world".
Wiosna. Arrivederci.
czwartek, 26 marca 2009
Time of forgiving...
Naszły mnie refleksje. Skłamię jeśli powiem, że nagle. Męczę się z nimi od jakiegoś czasu, ale żeby to pokazać nawet tutaj, trzeba się zdobyć na pewna odwagę. I trzeba umieć ubrać to w słowa, żeby to jakoś nazwać, zdefiniować. Być moze dzisiaj nadszedł na to czas.
...I lost a friend..., słowami E.Bishop- "I lost two cities, lovely ones. And, vaster,
some realms I owned, two rivers, a continent." Straciłam przyjaciela. Nie jednego. Nigdy bym nie przypuszczała, że może to być tak trudne, jak się okzało. Nietety ciągle mam to w pamięci, chociaż powoli zaczyna sie to zacierać. A było to tak niedawno. A moze dawno? Pojęcie czasu jest względne, dla mnie mogły to być wieki, dla kogoś innego- chwila. Nie wiem ile miesięcy minęło. Było bardzo ciężko. O tym jak bardzo, wie niewiele osób. Zapewne tylko te, które to ode mnie wyciągnęły i te, które po prostu były ze mną, gdy zanosiłam się od płaczu, bo i to się zdarzało. Płacz był różny, najróżniejszy. Początkowo nieśmiały, potem długo z wściekłości, także podczas mojego niechlubnego wybuchu po pewnym incydencie. Na koniec zostały dopiero łzy smutku. Bezsilnego. Ale nie miały już one takiej siły.
Miałam mur, Misternie i długo budowany, który mało kto mógł przekroczyć i znaleźć się naprawdę blisko mnie. Ktoś mi go bezceremonialnie zzburzył, wszedł, a z tego co było w środku zostawił zgliszcza. Zabrał też jakąś cząstkę, której jednak z czasem przestało mi brakować.
Po fazie roztrząsania, żalu, przychodzi faza otępienia, potem (nie bez wpływu "czynników zewnętrznych") faza złości. Ona trwa najdłużeji sądzę, że nie jest niczym innym jak próbą obrony przed szaleństwem, które czai się tuż za rogiem. Łatwiej jest pokonać ból, gdy się sobie wmawia, że się kogoś nie znosi. Chociaż dokładnie pamiętam swoje słowa:"Nie potrafię jej nienawidzieć". To zadziwiające jednak, jak wiele można sobie właśnie wmówić. Kolejną fazą była jakas radość, nawet długotrwała, z tego co pamiętam wręcz demonstrowana. A od jakiegoś czasu pozastaje jedna faza. Spokojna rezygnacja. Nie wiem czy nadal o tym myślę, czy nadal coś czuję. To taka obojętność, podczas której boli każde spojrzenie, każdy gest. To wbrew pozorom jeden z boleśniejszych czasów, chociaż juz się o tym nie mówi, przehodzi się niemal do porządku dziennego nad "tym". "One ze sobą nie rozmawiają". I tyle.
Potem był przełom. Coś się stało, do czego pamiętam idealnie, jak doszło. Jakby to było 5 minut temu. Pamiętam słowa, które nie zostały wypowiedziane, a które miały prowadzić w stronę zupełnie odwtrotną.Ale nie poszły. wyszło co innego, co sprowadziło przeprosiny. Ten moment też oamiętam bardzo wyraźnie. Skrucha. Tak. Tak to wyglądało i chyba naprawdę tym było. Rozmowa tamta (tylko dwuosobowa) niewątpliwie coś zmieniła. Było przecież lepiej. Ale od tego momentu robiłyśmy coś co ja sama praktykuję w innej dziedzinie, ale nie o tym teraz. Mianowicie robiłyśmy krok do przodu, po czym dwa do tyłu. Z perspektywy osób postronnych mogło to zapewne wyglądać nawet komicznie.
Potem stało się coś czego nie umiem nazwać, ani nawet sobie przybliżyć. Znowu było źle. Powróciła faza pozornej obojętności, gdy bolą drobnostki, tak skutecznie wycelowane o trafione. Ale czego się nie da uzyskać wspólnymi siłamu, prawda?
Anyway (tu witamy mój niewątpliwy kosmopolityzm) jedni przyjaciele odchodzą, przychodzą nowi. Owszem przyszli, nie da się ukryc jak wiele zrobili, bym mogła funkcjonować w społeczeństwie złożonym z ludzi. Przy nich robię znowu coś, czego obiecałam sobie nigdy nie robić. Ufam. Nie wiem czy to znowu naiwność, czy intuicja. Chyba wolę na razie nie wiedzieć. Dzięki nim przetrwałam. Dzięki nowym przyjaciołam i ludziom, którzy okazali się być mi bliżsi niż mogłam przypuszczać. One wzięły na siebie trud wygrzebania mnie z tego czegoś co nieustannie zasnuwało moje myśli. Udało im się i myślę, ze też dzięki nim dzieje się to co się dzieje. Coś co ja nazywam mechanizmem wybaczania. Nie wiem czy na szczęście czy niestety. Boję się uzyć któregokolwiek z tych słów. Ale nie poddaję wątpliwości, ze to sie dokonuje. Nie wiem, czy przyszedł już na to czas, czy to ja zmieniłam się na tyle, że jestem na to gotowa. Chyba jestem, codzień przecież chyba tego dowodzę. Sama sobie i także sama, Wam. Nie zmieniam tego na razie, poddając to działaniu "niech się dzieje co chce".
Myślę, ze ważny tu jest brak nienawiści. Z powodu czegoś co ma niedługo nastąpić (a co jest pewnie oczywiste) nie mogę i nie chcę nienawidzieć. Więc tak nie jest. Tu powstaje nowa luka z nagłówkiem przebaczenie. Zapełniam ją, mam nadzieję, że... nie wiem. Chyba, ze nie na darmo.
Nie jest mi lepiej (przebaczenie jest o wiele trudniejsze niz się sądzi, bardzo wiele). Ale inaczej. Oby to inaczej okazało się jednak lepiej. Albo chociaż lżej.
W ten sposób straciłam sporo z mojej anonimowości. Oby było warto...
Dodam tylko, że ja nie żałuję. Tego co było PRZEDtem. I pewną noc nadal uważam za najlepszą. Pewnych rzeczy nie chcę wymazać z pamięci, chcociaż po wszystkim co miało miejce w minionych miesiącach, te wspomnienia też bolą. Ale ich się nie pozbędę.
Mam nadzieję, ze jest to możliwe do rozczytania. Refleksja rządzi się własnym prawem, więc chaotyczna musi być.
Zegarek tyka, ja marznę i staram się klikać w odpowiednie punkty klawiatury.
Pozbyłam się. Myśl w śmietniku. Adieu.
...I lost a friend..., słowami E.Bishop- "I lost two cities, lovely ones. And, vaster,
some realms I owned, two rivers, a continent." Straciłam przyjaciela. Nie jednego. Nigdy bym nie przypuszczała, że może to być tak trudne, jak się okzało. Nietety ciągle mam to w pamięci, chociaż powoli zaczyna sie to zacierać. A było to tak niedawno. A moze dawno? Pojęcie czasu jest względne, dla mnie mogły to być wieki, dla kogoś innego- chwila. Nie wiem ile miesięcy minęło. Było bardzo ciężko. O tym jak bardzo, wie niewiele osób. Zapewne tylko te, które to ode mnie wyciągnęły i te, które po prostu były ze mną, gdy zanosiłam się od płaczu, bo i to się zdarzało. Płacz był różny, najróżniejszy. Początkowo nieśmiały, potem długo z wściekłości, także podczas mojego niechlubnego wybuchu po pewnym incydencie. Na koniec zostały dopiero łzy smutku. Bezsilnego. Ale nie miały już one takiej siły.
Miałam mur, Misternie i długo budowany, który mało kto mógł przekroczyć i znaleźć się naprawdę blisko mnie. Ktoś mi go bezceremonialnie zzburzył, wszedł, a z tego co było w środku zostawił zgliszcza. Zabrał też jakąś cząstkę, której jednak z czasem przestało mi brakować.
Po fazie roztrząsania, żalu, przychodzi faza otępienia, potem (nie bez wpływu "czynników zewnętrznych") faza złości. Ona trwa najdłużeji sądzę, że nie jest niczym innym jak próbą obrony przed szaleństwem, które czai się tuż za rogiem. Łatwiej jest pokonać ból, gdy się sobie wmawia, że się kogoś nie znosi. Chociaż dokładnie pamiętam swoje słowa:"Nie potrafię jej nienawidzieć". To zadziwiające jednak, jak wiele można sobie właśnie wmówić. Kolejną fazą była jakas radość, nawet długotrwała, z tego co pamiętam wręcz demonstrowana. A od jakiegoś czasu pozastaje jedna faza. Spokojna rezygnacja. Nie wiem czy nadal o tym myślę, czy nadal coś czuję. To taka obojętność, podczas której boli każde spojrzenie, każdy gest. To wbrew pozorom jeden z boleśniejszych czasów, chociaż juz się o tym nie mówi, przehodzi się niemal do porządku dziennego nad "tym". "One ze sobą nie rozmawiają". I tyle.
Potem był przełom. Coś się stało, do czego pamiętam idealnie, jak doszło. Jakby to było 5 minut temu. Pamiętam słowa, które nie zostały wypowiedziane, a które miały prowadzić w stronę zupełnie odwtrotną.Ale nie poszły. wyszło co innego, co sprowadziło przeprosiny. Ten moment też oamiętam bardzo wyraźnie. Skrucha. Tak. Tak to wyglądało i chyba naprawdę tym było. Rozmowa tamta (tylko dwuosobowa) niewątpliwie coś zmieniła. Było przecież lepiej. Ale od tego momentu robiłyśmy coś co ja sama praktykuję w innej dziedzinie, ale nie o tym teraz. Mianowicie robiłyśmy krok do przodu, po czym dwa do tyłu. Z perspektywy osób postronnych mogło to zapewne wyglądać nawet komicznie.
Potem stało się coś czego nie umiem nazwać, ani nawet sobie przybliżyć. Znowu było źle. Powróciła faza pozornej obojętności, gdy bolą drobnostki, tak skutecznie wycelowane o trafione. Ale czego się nie da uzyskać wspólnymi siłamu, prawda?
Anyway (tu witamy mój niewątpliwy kosmopolityzm) jedni przyjaciele odchodzą, przychodzą nowi. Owszem przyszli, nie da się ukryc jak wiele zrobili, bym mogła funkcjonować w społeczeństwie złożonym z ludzi. Przy nich robię znowu coś, czego obiecałam sobie nigdy nie robić. Ufam. Nie wiem czy to znowu naiwność, czy intuicja. Chyba wolę na razie nie wiedzieć. Dzięki nim przetrwałam. Dzięki nowym przyjaciołam i ludziom, którzy okazali się być mi bliżsi niż mogłam przypuszczać. One wzięły na siebie trud wygrzebania mnie z tego czegoś co nieustannie zasnuwało moje myśli. Udało im się i myślę, ze też dzięki nim dzieje się to co się dzieje. Coś co ja nazywam mechanizmem wybaczania. Nie wiem czy na szczęście czy niestety. Boję się uzyć któregokolwiek z tych słów. Ale nie poddaję wątpliwości, ze to sie dokonuje. Nie wiem, czy przyszedł już na to czas, czy to ja zmieniłam się na tyle, że jestem na to gotowa. Chyba jestem, codzień przecież chyba tego dowodzę. Sama sobie i także sama, Wam. Nie zmieniam tego na razie, poddając to działaniu "niech się dzieje co chce".
Myślę, ze ważny tu jest brak nienawiści. Z powodu czegoś co ma niedługo nastąpić (a co jest pewnie oczywiste) nie mogę i nie chcę nienawidzieć. Więc tak nie jest. Tu powstaje nowa luka z nagłówkiem przebaczenie. Zapełniam ją, mam nadzieję, że... nie wiem. Chyba, ze nie na darmo.
Nie jest mi lepiej (przebaczenie jest o wiele trudniejsze niz się sądzi, bardzo wiele). Ale inaczej. Oby to inaczej okazało się jednak lepiej. Albo chociaż lżej.
W ten sposób straciłam sporo z mojej anonimowości. Oby było warto...
Dodam tylko, że ja nie żałuję. Tego co było PRZEDtem. I pewną noc nadal uważam za najlepszą. Pewnych rzeczy nie chcę wymazać z pamięci, chcociaż po wszystkim co miało miejce w minionych miesiącach, te wspomnienia też bolą. Ale ich się nie pozbędę.
Mam nadzieję, ze jest to możliwe do rozczytania. Refleksja rządzi się własnym prawem, więc chaotyczna musi być.
Zegarek tyka, ja marznę i staram się klikać w odpowiednie punkty klawiatury.
Pozbyłam się. Myśl w śmietniku. Adieu.
wtorek, 24 marca 2009
Początek
Druga w nocy. Nie śpię. Myślę? Hmmm i to jeszcze jak. Od jakiegoś czasu nie o sprawdzianach czekajacych mnie za parę godzin. Parę rzeczy uległo gruntownym zmianom.
Brak przedstawienia może się okazać zaletą, co się z resztą okaże... śmietnik ten ma zawierać myśli wypychające się na powierzchnię Ziemi jadnak z jakiegoś powodu, niewypowiedziane. Nikogo nie zachęcam, nie odstraszam.
Powitanie niechciane, jednak jakieś wypadło, cóż nieważne. Druga w nocy, ja myślę, tykający obok zegarek niesamowicie mnie wkurza (zaraz znowu wrzucę go do jakiejś szafki byle tylko usłyszeć ciszę), a pies leżący pod drzwiami zaczyna się kręcić, pewnie widząc światło komputera. Cudowny wynalazek zapewniający komunikację wypełnioną ciszą. Ideał.
Dzień, gdyby nie początek i kochana, zwariowana IIc, zostałby spisany na straty. Ale nie został, chociaż tylko małe fragmenty są warte zapisania w mojej niebieskiej głowie. Bardzo pozytywnie zaczęty, zakończony bardzo ponuro, wręcz refleksyjnie. Ponieważ refleksje, które rodzą się u mnie nie zwiastują niczego dobrego (zwłaszcza o tej godzine), pójdę sobie. Spać. Jak każdy nudny człowiek idący do szkoły nastepnego dnia.
Żegnam się. Na razie z ciszą. Potem się zobaczy. Na uśmiech się nie zdobędę, ale kto wie co przyniesie przyszłość...może nawet uśmiech u ponurej pesymistki?
Brak przedstawienia może się okazać zaletą, co się z resztą okaże... śmietnik ten ma zawierać myśli wypychające się na powierzchnię Ziemi jadnak z jakiegoś powodu, niewypowiedziane. Nikogo nie zachęcam, nie odstraszam.
Powitanie niechciane, jednak jakieś wypadło, cóż nieważne. Druga w nocy, ja myślę, tykający obok zegarek niesamowicie mnie wkurza (zaraz znowu wrzucę go do jakiejś szafki byle tylko usłyszeć ciszę), a pies leżący pod drzwiami zaczyna się kręcić, pewnie widząc światło komputera. Cudowny wynalazek zapewniający komunikację wypełnioną ciszą. Ideał.
Dzień, gdyby nie początek i kochana, zwariowana IIc, zostałby spisany na straty. Ale nie został, chociaż tylko małe fragmenty są warte zapisania w mojej niebieskiej głowie. Bardzo pozytywnie zaczęty, zakończony bardzo ponuro, wręcz refleksyjnie. Ponieważ refleksje, które rodzą się u mnie nie zwiastują niczego dobrego (zwłaszcza o tej godzine), pójdę sobie. Spać. Jak każdy nudny człowiek idący do szkoły nastepnego dnia.
Żegnam się. Na razie z ciszą. Potem się zobaczy. Na uśmiech się nie zdobędę, ale kto wie co przyniesie przyszłość...może nawet uśmiech u ponurej pesymistki?
Subskrybuj:
Posty (Atom)