wtorek, 7 kwietnia 2009

"In spring time..."


Powróciłam.
Zmieniona troszeczkę bardzo. Ale i tak nie tak jakby tego oczekiwano. Być może właśnie dlatego tak, a nie inaczej...? Niewykluczone.
Jestem dzisiaj na wozie. Łono natury mnie na nim utrzymuje. Uwiązana wiosna bez uprzedzenia uciekła, pozostawiając po sobie niekreśloną tęsknotę. Ale na wszystko jest sposób (czy aby na pewno?). Dość brutalnie przyciągnięta ponownie za potargane, poprzetykane liśćmi włosy, Wiosna siedzi teraz przy mnie, przywiązana do biurka skrajem kwiecistej sukienki. Roztacza ciepło, które nie tylko w fizyczny sposób ogarnia mnie całą. W tym cieple wszystko wydaje się lepsze. Nie chcę wiedzieć czy to pozory. Tak nie jest źle.

Nie byłabym sobą, gdybym nie nawiązała do robienia z siebie męczennicy na blogach (co za złowieszcza liczba mnoga! , niech no tylko znajdę resztę blogów moich pozostałych osobowości!). Uważam użalanie się nad sobą w podobnych miejscach za bezsensowne. Dlatego tego nie stosuję. Sądzę, że post, w którym tak ubolewałam nad własnym nieszczęściem dążył do pewnej końcówki (podsumowania?), która nadawała mu sens. Dość istotny dodam. Poza tym coś się zmieniło, ewoluowało. Nie został osiągnięty sukces, bo nie było jasno określonego celu, niemniej jednak, są rezultaty. ...
Co do zmian. Na daną chwilę. Nigdy nic dla nikogo. Już nie. Odczuwam potrzebę użycia słowa akceptacja.

Słońce. Potężne, a niedoceniane. To ono jest przyczyną większości wyżej wymienionych skutków (także ubocznych). Wdzięczność to dobre określenie na to co czuję do tej gwiazdki. Nie ma to jak pomoc "z góry".
Wiosna
Wiosna.
Wiosna!
Boję się użyć wyrazu optymizm, ale tak to się chyba nazywa. Wartość zupełnie nowa. Podoba mi się. Powinien być nieuleczalny. Ale nawet jeśli to przejściowa radość, to warto. Chociażby po to, żeby zobaczyć ile się traci bez tego. Przyszło, gdy zamknęłam oczy i zobaczyłam niebo. Lazurowy błękit. A gdy je otworzyłam obraz nie zniknął. Ktoś wtedy na mnie spojrzał. Takim specyficznym spojrzeniem, którego nie sposób nie wyczuć. Wiem kto to. Wiem.
Czuję jak otwierają mi się oczy. Zdaję sobie sprawę jak szczelnie były dotąd zamknięte. Gdy mija pierwszy szok spowodowany tą... rozmaitością, odczucia są całkiem miłe.

Przyszła nareszcie pora roku, która wielkimi literami zapisze się śmietniku moich myśli. Przyniosła małe przyjemności. One cieszą. Ta radość daje siłę. Niespodziewaną. Tak niesamowitą, że raz poznaną, odtąd pożądaną z jeszcze większą siłą. Błędne koło. Pozytywnie błędne.
Jestem, więc myślę. A jestem.

W takich dniach czuję się narratorem swojego życia.
Adios. !

1 komentarz:

  1. Hmm. Czekałam na nowy wpis, spodziewając się nowej odsłony głównej bohaterki. I nie zawiodłam się. Nie zawiodłam się podwójnie, gdyż liczyłam również na nutkę pozytywnych myśli. No i proszę! Bardzo ładnie, moja droga. Pazdrawiam Cię gorąco!

    OdpowiedzUsuń