
... niech pędzi swoim normalnym rytmem. Ja uzbrojona w wyczekany uśmiech będę obserwować jak się zmienia. Nerwowo się rozejrzę, by za chwilę się uspokoić i znów uśmiechnę się do wspomnień. Świat będzie mnie mijał po obu stronach, a ja, jednocześnie unikając słońca i pozwalając mu działać, spojrzę przed siebie. Pewnie nic nie zobaczę, ale są dni, gdy wcale nie chcę widzieć wszystkiego. Wtedy wystarcza mi to co jest. A jest tego trochę... [tu następuje nieoczekiwany uśmiech]
Nie jest mi źle. Leń we mnie wygrywa coraz częściej. W stosunkowo krótkim czasie spełniły się 2 moje marzenia. Pierwsze dość istotne i długo wyczekiwane, a drugie błahe, ale wprowadzające spore zmiany. Podejrzewam, że na lepsze, aczkolwiek akurat w tym nie mam doświadczenia. Domyślam się, że powinnam się cieszyć, więc sądzę, że to robię. Pełnoletniość zyskała u mnie jakże wyszukany epitet "fajności". Podoba mi się, co cieszy tym bardziej, że rzadko coś na co czekam okazuje się tego warte. To się okazało. Oczywiście to nie ona mnie zmieniła. Zmiany przyszły w formie ewolucji, nie rewolucji. Musi teraz nastąpić 'ale'. Nic nie zastąpi tego uczucia spełnianego marzenia. Tej pełni świadomości tego momentu. Myślę, że jakaś odmiana nastąpiła razem z tą chwilą. Ale raczej nieokreślona. A może...? A może to to odczucie. Cieszę się, gdy jestem z ludźmi (co potwierdził ostatni weekend- zaskakująco), ale nie odmawiam samotności. Właściwie to z taką samą chęcią się jej oddaję, co spotkaniom grupowym. A uroku samotnych spacerów nic nie przebije. Może tylko spacer w idealnie dobranym towarzystwie. W tym momencie błogosławię ciszę, a przeklinam rozlegające się odgłosy. Być może za chwilę zmienię zdanie. Nieprzewidywalność mi została. Czy może zmienność. Upór na szczęście też.
Cisza zaległa. Uśmiech powrócił. Ostatnio preferuję zaprzeczanie samej sobie i popadanie w skrajności. Chociaż czy tylko ostatnio...? Ubóstwiam spokój, ale przecież jeszcze długo nic nie ucieszy mnie tak jak ten weekend. A jedną z niewielu cech, jakich nie posiadał, był spokój właśnie. Zawrotne tempo owszem. Choć może to kwestia towarzystwa właśnie. Czy "Czerwone i bure..." [uśmiech] smakowałoby tak samo w samotności...? Nie sądzę. Coś mi zabrano, ale nie chcę tego z powrotem.
Zbliża się czas spokoju, błogostan. Oby to tak wyglądało. W kazdym razie podoba mi się to co może się dziać. Ja sama nie działam. A może to robię nieświadomie??? Nawet jeśli, to nie ... (...)
Pójdę znowu na samotny spacer. Wczorajszy wieczorny bardzo dobrze na mnie podziałał, tak jak czas poprzedzający go. Uśmiechałam się sama do siebie i do swoich myśli (to musi być początek jakiejś choroby...). Cokolwiek to oznacza, zamierzam to powtórzyć, bo akurat to mogę.
Specjalnie dla Magdaleny dedykacja- pisanie o szczęściu jest znacznie przyjemniejsze, ale zadziwiająco trudno mi przychodzi. Jednakże. Dedykacja i uśmiech dla Ciebie właśnie, dla Marcela (czarnookiego cudu ;)) i dla kogolwiek, kto czuje, że w jakiś sposób przyczynił się do pozytywnego wydźwięku dzisiejszych słów.
"Well... I'm fairly happy".- powiedziałam.
Uciekam nucąc "Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia", żeby wyrzucić z uszu "Czerwone i bure i bure".
Hasta la vista :)
Łał!! O yeah! Niezmiernie dobrze się czyta :) Jak pzyjemnie wiedzieć, że Anna tryska błogostanem. Jakże miło. No, Kochana, ucieszyłaś mnie. A przede wszystkim dobrze mi robi to, że jednak radość u Ciebie posiada znamiona racjonalizmu... Tak, właśnie tego! Gdyż, jeżeli dobrze rozumuję, nie jest to pusta i krótkotrwała euforia, ale prawdziwy stan szczęścia. Ech, aż Ci zazdroszczę ;p Ale nie odmawiam tych chwil... Bynajmniej. Buziak dla Ciebie i podziękowania za dedykację :*
OdpowiedzUsuń