czwartek, 26 marca 2009

Time of forgiving...

Naszły mnie refleksje. Skłamię jeśli powiem, że nagle. Męczę się z nimi od jakiegoś czasu, ale żeby to pokazać nawet tutaj, trzeba się zdobyć na pewna odwagę. I trzeba umieć ubrać to w słowa, żeby to jakoś nazwać, zdefiniować. Być moze dzisiaj nadszedł na to czas.

...I lost a friend..., słowami E.Bishop- "I lost two cities, lovely ones. And, vaster,
some realms I owned, two rivers, a continent." Straciłam przyjaciela. Nie jednego. Nigdy bym nie przypuszczała, że może to być tak trudne, jak się okzało. Nietety ciągle mam to w pamięci, chociaż powoli zaczyna sie to zacierać. A było to tak niedawno. A moze dawno? Pojęcie czasu jest względne, dla mnie mogły to być wieki, dla kogoś innego- chwila. Nie wiem ile miesięcy minęło. Było bardzo ciężko. O tym jak bardzo, wie niewiele osób. Zapewne tylko te, które to ode mnie wyciągnęły i te, które po prostu były ze mną, gdy zanosiłam się od płaczu, bo i to się zdarzało. Płacz był różny, najróżniejszy. Początkowo nieśmiały, potem długo z wściekłości, także podczas mojego niechlubnego wybuchu po pewnym incydencie. Na koniec zostały dopiero łzy smutku. Bezsilnego. Ale nie miały już one takiej siły.
Miałam mur, Misternie i długo budowany, który mało kto mógł przekroczyć i znaleźć się naprawdę blisko mnie. Ktoś mi go bezceremonialnie zzburzył, wszedł, a z tego co było w środku zostawił zgliszcza. Zabrał też jakąś cząstkę, której jednak z czasem przestało mi brakować.
Po fazie roztrząsania, żalu, przychodzi faza otępienia, potem (nie bez wpływu "czynników zewnętrznych") faza złości. Ona trwa najdłużeji sądzę, że nie jest niczym innym jak próbą obrony przed szaleństwem, które czai się tuż za rogiem. Łatwiej jest pokonać ból, gdy się sobie wmawia, że się kogoś nie znosi. Chociaż dokładnie pamiętam swoje słowa:"Nie potrafię jej nienawidzieć". To zadziwiające jednak, jak wiele można sobie właśnie wmówić. Kolejną fazą była jakas radość, nawet długotrwała, z tego co pamiętam wręcz demonstrowana. A od jakiegoś czasu pozastaje jedna faza. Spokojna rezygnacja. Nie wiem czy nadal o tym myślę, czy nadal coś czuję. To taka obojętność, podczas której boli każde spojrzenie, każdy gest. To wbrew pozorom jeden z boleśniejszych czasów, chociaż juz się o tym nie mówi, przehodzi się niemal do porządku dziennego nad "tym". "One ze sobą nie rozmawiają". I tyle.
Potem był przełom. Coś się stało, do czego pamiętam idealnie, jak doszło. Jakby to było 5 minut temu. Pamiętam słowa, które nie zostały wypowiedziane, a które miały prowadzić w stronę zupełnie odwtrotną.Ale nie poszły. wyszło co innego, co sprowadziło przeprosiny. Ten moment też oamiętam bardzo wyraźnie. Skrucha. Tak. Tak to wyglądało i chyba naprawdę tym było. Rozmowa tamta (tylko dwuosobowa) niewątpliwie coś zmieniła. Było przecież lepiej. Ale od tego momentu robiłyśmy coś co ja sama praktykuję w innej dziedzinie, ale nie o tym teraz. Mianowicie robiłyśmy krok do przodu, po czym dwa do tyłu. Z perspektywy osób postronnych mogło to zapewne wyglądać nawet komicznie.
Potem stało się coś czego nie umiem nazwać, ani nawet sobie przybliżyć. Znowu było źle. Powróciła faza pozornej obojętności, gdy bolą drobnostki, tak skutecznie wycelowane o trafione. Ale czego się nie da uzyskać wspólnymi siłamu, prawda?
Anyway (tu witamy mój niewątpliwy kosmopolityzm) jedni przyjaciele odchodzą, przychodzą nowi. Owszem przyszli, nie da się ukryc jak wiele zrobili, bym mogła funkcjonować w społeczeństwie złożonym z ludzi. Przy nich robię znowu coś, czego obiecałam sobie nigdy nie robić. Ufam. Nie wiem czy to znowu naiwność, czy intuicja. Chyba wolę na razie nie wiedzieć. Dzięki nim przetrwałam. Dzięki nowym przyjaciołam i ludziom, którzy okazali się być mi bliżsi niż mogłam przypuszczać. One wzięły na siebie trud wygrzebania mnie z tego czegoś co nieustannie zasnuwało moje myśli. Udało im się i myślę, ze też dzięki nim dzieje się to co się dzieje. Coś co ja nazywam mechanizmem wybaczania. Nie wiem czy na szczęście czy niestety. Boję się uzyć któregokolwiek z tych słów. Ale nie poddaję wątpliwości, ze to sie dokonuje. Nie wiem, czy przyszedł już na to czas, czy to ja zmieniłam się na tyle, że jestem na to gotowa. Chyba jestem, codzień przecież chyba tego dowodzę. Sama sobie i także sama, Wam. Nie zmieniam tego na razie, poddając to działaniu "niech się dzieje co chce".
Myślę, ze ważny tu jest brak nienawiści. Z powodu czegoś co ma niedługo nastąpić (a co jest pewnie oczywiste) nie mogę i nie chcę nienawidzieć. Więc tak nie jest. Tu powstaje nowa luka z nagłówkiem przebaczenie. Zapełniam ją, mam nadzieję, że... nie wiem. Chyba, ze nie na darmo.

Nie jest mi lepiej (przebaczenie jest o wiele trudniejsze niz się sądzi, bardzo wiele). Ale inaczej. Oby to inaczej okazało się jednak lepiej. Albo chociaż lżej.

W ten sposób straciłam sporo z mojej anonimowości. Oby było warto...
Dodam tylko, że ja nie żałuję. Tego co było PRZEDtem. I pewną noc nadal uważam za najlepszą. Pewnych rzeczy nie chcę wymazać z pamięci, chcociaż po wszystkim co miało miejce w minionych miesiącach, te wspomnienia też bolą. Ale ich się nie pozbędę.

Mam nadzieję, ze jest to możliwe do rozczytania. Refleksja rządzi się własnym prawem, więc chaotyczna musi być.
Zegarek tyka, ja marznę i staram się klikać w odpowiednie punkty klawiatury.
Pozbyłam się. Myśl w śmietniku. Adieu.