
Czasami bywa tak..., że dzień boli... ostatni nie bolał.(!) Był prawdziwie (piękne słowo truly lepiej to opisuje) radosny. Na nieszczęście niektórych nie jestem zbłąkaną, wystraszoną, duszyczką. Zagubioną w czasie i przestrzeni. Dlatego pomimo zgrzytów, ohydnych jak dźwięk paznokcia przesuwanego po powierzchni tablicy, szczęście pozostaje niemal wszechobecne. Kiedy już będzie łaskawe się zjawić. Mimo, że jest "raczej nienajlepiej" to jest całkiem nienajgorzej. To dzień, w którym zwyczajne słowa zyskują nowe znaczenia. Głębsze? Nie posuwałabym się tak daleko, ale niewątpliwie ulegają one zmianom, jednocześnie zachowując swój pierwotny stan. Wyrażenie, np. "jak chcesz" (w wydaniu ciekawszym- whatever) stało się odzwierciedleniem pewnego uczucia. Ma ono w sobie coś z obojętności. Lekkiej arogancji, może trochę złości. Bezsilności wobec zaistniałej sytuacji, a może nawet ostatecznego braku chęci do rozwikłania jej. Czy raczej braku siły. Niestety tak jesteśmy stworzeni (być może nie wszyscy), że szukamy zysku, gdzie się da. Ci, o głębszym poczuciu człowieczeństwa, także sensu. Jakże wielkie jest rozczarowanie, gdy okazuje się, że sens został utracony lub co gorsza- nigdy go nie było. Ale przecież jak to mówią, wszystko jest dla ludzi. Wszystkiego trzeba spróbować, żeby wiedzieć na co się potem porywać. Liczba motyk powinna być ograniczona. chociaż dla rozczarowania zawsze znajdzie się miejsce. Ja z nim jestem dobrze zaprzyjaźniona, wraca co jakiś czas jak bumerang. Jednak i to jest jakimś rodzajem własności, którą należy szanować, a więc i pielęgnować. Także pielęgnuję, doglądam.
I nabieram dystansu. Z czasem coraz większego.
Wtedy radość zyskuje sobie miejsce u mnie szczególne. Zwane "mimo wszystko". Wtedy też słowo delightful wyjątkowo często gości na moich ustach.
I ostatecznie tam zostaje dając mi dużo radości. Szczególnie tej kosmopolitce we mnie. Delightful. !
Ustanawiam słowo dnia. Jarzębina nim będzie. Ona zyskała nowe znaczenie. Śpiew, muzyka, wiosna. Czasy dzieciństwa. Mam ochotę zrobić sobie naszyjnik z suszonej jarzębiny. To by było coś.
Jest całkiem dziwnie. Przyszła wiosna pogodowa i ta wewnętrzna. Łączy je jeden szczegół- o obie trzeba tak samo dbać, bo są wybitnie ulotne. Ja swoją wiosnę przywiązuję dzisiaj do nogi krzesła, miejmy nadzieję, że się nie zerwie. Na razie się do mnie uśmiecha, nie wie co ją czeka. Ciekawe czy przetrzymywana siłą da taką samą radość... Oby. Jeśli nie, to wymuszenie też jest jakimś wyjściem.
Pierwsza część dnia, muzyczna, przetykana zgrzytami. Druga zaczęła się radośnie. Będzie filmowa o smaku intensywnie Pomarańczowym. Wczorajsze egzotyczne (zdecydowanie NIEplotkarskie xD) klimaty zrodziły we mnie siedzącą ostatnio cicho, chęć zabawy. Czuję, że jej nie powstrzymam, więc się poddaję. Tym razem z uśmiechem na ustach śpiewających w kółko wers "Joy to the world".
Wiosna. Arrivederci.